Relacja z koncertu TAPFS w Płocku

Autor: Lasotnik   |   Zdjęcia: Tomder   |   Płock, hala Orlen Arena (23.01.2011)

Z dziesięciominutowym opóźnieniem odbył się w niedzielny wieczór występ The Australian Pink Floyd Show w Płocku. Ze względu na dużą ilość fanów w Polsce, Australijczycy postanowili zacząć swoją trasę koncertową od naszego kraju. Płock nie okazał się jednak największym skupiskiem miłośników Floydów. Trybuny zawstydzały wolnymi miejscami, co nie wpłynęło jednak na jakość imprezy. Coś jednak musiało wpłynąć, skoro wiele osób czuje po koncercie pewien niedosyt. Publiczność otrzymała wszystko, co organizatorzy obiecywali na plakatach: wizualizacje 3D, lasery, nadmuchiwane postacie i oczywiście muzykę Pink Floyd... Jednak wszystko to było dość skromne w porównaniu do pewnego wyobrażenia, które kreowano w kampanii reklamującej tegoroczne koncerty The Australian Pink Floyd Show.

Wykonanie utworów stało na zadowalającym poziomie, jednak można było mieć zastrzeżenia. W przeciwieństwie do kilku naiwnych malkontentów, nie spodziewałem się muzyki przewyższającej kunsztem pierwowzór. Formację docenia się na świecie ze względu na rzetelne odwzorowanie oryginalnych, koncertowych aranżacji Pink Floyd. Tym razem, muzycy w kilku miejscach pozwolili sobie na przemycenie kilku własnych detali. Jeśli zespół będzie pewniej kroczył tą drogą, może ona zaprowadzić go kiedyś do zguby.

Alex McNamara (współpracujący z zespołem od zeszłego roku) nie wydaje się odpowiednią osobą do śpiewania utworów Pink Floyd, a jednak to jego głosowi została powierzona większość repertuaru. Jego wokal to nadmiar zdobień, bardziej kojarzących się z soulem niż z rockiem. Cechuje go również stylistyczna maniera takiej naciąganej "drapieżności" którą serwuje podczas śmielszych utworów. Nie brzmi to stosownie do muzyki. Dużo lepsze wrażenie zostawił po sobie gitarzysta David Domminney Fowler, któremu granie piosenek Floydów wyraźnie sprawia radość. Niestety, nie zaśpiewał wielu piosenek, do których spośród wszystkich śpiewających w zespole panów nadawałby się najlepiej (chociażby Money czy Run Like Hell). Steve Mac dobrze naśladuje głos Davida Gilmoura, ale jeśli tonacja jest wyższa, słychać już kogoś innego (np. solo w Wish You Were Here zanucone przez Fowlera). Colin Wilson wlewa w śpiew stanowczo za mało serca. Rozgląda się po sali, odśpiewując tekst niczym dziecko na pamięć wyuczone pacierza. Bezbłędnie, ale i bezemocjonalnie... Również Bianca Glynn nie dała z siebie wszystkiego, śpiewając wokalizę w The Great Gig In The Sky (moja chustka na otarcie ewentualnych łez pozostała niestety sucha).

Układając listę utworów, panowie sięgnęli po szlagiery z każdej dekady twórczości Floydów. Wszystko zaczęło się oczywiście od Shine On You Crazy Diamond - nie mogło być inaczej. Zaraz potem Welcome To The Machine z włączeniem perkusji a'la koncert "In The Flesh" Rogera Watersa. Zawsze uważałem, że to nie jest utwór do grania na żywo. Podobnie Arnold Layne - w tym wykonaniu nie brzmiał wiarygodnie, choć był sympatyczną niespodzianką (spodziewałem się raczej Astronomy Dominé). Cóż, wysłużony Fender Telecaster to za mało, by zastąpić Syda Barretta. Kolejnym zaskoczeniem było dla mnie odegranie Careful With That Axe, Eugene. Zespół został nagrodzony gromkimi brawami za ambicję i efekt. Wyszło świetnie: dławione przez kilka minut emocje (niepokój, złość, frustracja) w końcu eksplodowały z należytą siłą, siejąc ciarki na niejednych plecach. Grupa słusznie postanowiła wykorzystać dźwiękowego gotowca w postaci nagrania charakterystycznego krzyku Watersa, towarzyszącego kulminacyjnemu momentowi utworu. W drugiej części koncertu publiczność usłyszała połowę "Ciemnej Strony Księżyca" i był to naprawdę świetny odcinek. Dobrego wrażenia nie zepsuł nawet mierny łącznik między The Happiest Days Of Our Lives a Another Brick In The Wall, gdzie nie popisał się chórek. Kilka ostatnich piosenek koncertu był kanonicznym zestawem, wywodzącym się z koncertowego albumu "P-u-l-s-e". Po Comfortably Numb zespół pożegnał publiczność, po czym zagrał jeszcze Run Like Hell jako bis, który w rzeczywistości bisem nie był (to taka ciekawostka).

Zwrócił moją uwagę słaby kontakt zespołu z publicznością. Głos zabierał jedynie Jason Sawford, który nawet nie przedstawił publiczności muzyków. Wszystko co powiedział, to "jesteśmy u Was pierwszy raz, życzymy dobrej zabawy / teraz dajcie nam 20 minut przerwy / dziękujemy, dobranoc". Wizualizacje wyświetlane były na okrągłym ekranie, do którego przed laty Floydzi przyzwyczaili swoich fanów. Pokaz miał miejsce w czasie drugiej części koncertu i zawierał efekty trójwymiarowe (po wejściu do hali każdy dostał odpowiednie okulary). Być może ze względu na towarzyszące pokazowi oświetlenie, 3D nie robiło oszałamiającego wrażenia (patrząc na ekran bez okularów nie zauważyłem różnicy). Ze wszystkich 20 utworów zagranych tego wieczoru, jedynie około sześciu zaopatrzono w wizualizację.

Najciekawsze efekty laserowe wzorowane były na koncercie "P-u-l-s-e" Floydów: poziome płaty zielonego światła oświetlały dym, unoszący się nad głowami publiczności. Stawiany pośród atrakcji "nowy projekt sceny" był przeciętny - umieszczanie tego punktu na plakatach miało prawdopodobnie charakter informacyjny (i komercyjny). Australijczycy uraczyli nas proporcjonalnymi w stosunku do niewielkiej sceny balonami, nawiązującymi do nadmuchiwanych na koncertach Pink Floyd gigantycznych świń i innych postaci. Podczas Another Brick In The Wall straszono nas demonicznym belfrem, zaś przy One Of These Days wesoło podskakiwał różowy kangur, który po spuszczeniu powietrza opadł z gracją na klawiszowca.

Odnoszę wrażenie, że z mojej relacji rysuje się dość negatywny obraz widowiska, które wcale nie było nieudane. Do całego przedsięwzięcia należy podejść z pewnym dystansem: nawet najwierniejsza kopia nie zastąpi oryginału. Myślę, że również muzycy TAPFS nie mają wobec tego złudzeń. Koncertowi w Płocku zaszkodziło kilka innych czynników. Po pierwsze, wielu mieszkańców nie dorosło do tego typu imprez. Dochodzę do takiego wniosku, gdyż jedyną zagadką nurtującą ludzi jest to, czy miasto dopłaciło do koncertu. W pewnym sensie jest to dowód na to, że występ zrobił wrażenie. Po drugie, reklama sugerowała trochę wyolbrzymiony obraz rzeczywistości. Gdyby slogany były skromniejsze, całość podobałaby się bardziej. Ludziom dano do zrozumienia, że należy spodziewać się czegoś naprawdę wielkiego. Jeden z członków zespołu wspomniał, że jeszcze nikt nie wykorzystywał na koncercie tak zaawansowanej technologii. Powinien był dodać, że ma na myśli "nikogo" z jego zespołu.

Znana graczom komputerowym maksyma głosi, że dobre 2D jest lepsze od kiepskiego 3D. Poza anemicznym trójwymiarem, Australijczycy nie mają do zaoferowania żadnych innowacji w stosunku do tego, co serwowali nam Floydzi. Przestrzenny dźwięk? Pink Floyd - lata '60. Nadmuchiwane postacie? Pink Floyd - lata '70. Lasery? Pink Floyd - lata '80. Efekty 3D? Przeciętne kino w przeciętnej galerii handlowej... W obliczu tego, co zobaczyłem i usłyszałem, nie do przyjęcia są dla mnie słowa Johna Attarda, na które powoływał się organizator: wyzwanie jakiego podjął się zespół polegało na stworzeniu czegoś, co (...) byłoby także unowocześnione w sposób, w jaki formacja Pink Floyd sama chciałaby dziś unowocześnić. Moim zdaniem, gdyby Floydzi koncertowali do dzisiaj, postawiliby na synestezję (namacalne obrazy, pachnące dźwięki) lub coś równie nowatorskiego, nie zaś na technologię, z którą młodzież obcuje w każdej większej dyskotece...

Bardzo wiele do życzenia pozostawił też podmiot odpowiedzialny za media. Nie odbyła się żadna konferencja dla prasy, jedynie otwarte spotkanie z muzykami, o którym nikt dziennikarzy z akredytacją nie poinformował. Z tego powodu, z przykrością informuję, że nie ma żadnego wywiadu dla Ciemnej Strony - mimo moich dobrych chęci i przygotowanego materiału. Udało mi się natomiast zanotować kompletną listę utworów: Shine On You Crazy Diamond; Welcome To The Machine; Coming Back To Life; Arnold Layne; Sorrow; Learning To Fly; Dogs. W tym miejscu nastąpiła dwudziestominutowa przerwa, po której usłyszeliśmy: Speak To Me; Breathe; Time + Breathe (Reprise); The Great Gig In The Sky; What Do You Want From Me; Careful With That Axe, Eugene; Money; The Happiest Days Of Our Lives; Another Brick In The Wall (Part 2); Wish You Were Here; One Of These Days; Comfortably Numb; Run Like Hell.

________________________________

Kierunek zwiedzania: na górę >>